Language: English (EN) | Polski (PL) | Nederlands (NL)

Część druga – Od trawki do ulicy. Historia mojego wyzdrowienia (PL)

Uwaga na treść: uzależnienie, autoagresja, próba samobójcza, bezdomność, seks.

W Części Pierwszej napisałem, że po raz pierwszy zapaliłem trawkę w wieku szesnastu lat. To może nie być dokładne — prawda jest taka, że nie pamiętam. Gdzieś między czternastym a szesnastym rokiem życia. Ale pamiętam jedno: trawka była zanim pierwszy raz naprawdę się upiłem. Pierwszy raz byłem na haju z marihuany, zanim poczułem alkohol. I pamiętam też, kim byłem przed trawką — bardzo smutnym chłopakiem z uśmiechniętą maską, który odgrywał śmiesznego, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo jest w środku rozbity.

Sterydy, operacje i stawanie się „żartem”

Przez Crohna trafiałem do szpitala co najmniej raz w roku, często na tygodnie, często z operacjami. Wracałem do szkoły spuchnięty od sterydów — jak Prednisolon — z wielką, okrągłą twarzą, spuchniętym ciałem, wystającymi sutkami, z wodą zatrzymaną pod skórą. Pamiętam jeden konkretny moment — miałem około piętnastu lat — gdy wróciłem do szkoły po kolejnym długim pobycie w szpitalu. Zawsze byłem szczupły, jakieś czterdzieści kilo. Po miesiącu na sterydach ważyłem sześćdziesiąt pięć.

Pierwszego dnia szkoły większość klasy mnie nie poznała. Niektórzy nauczyciele pytali, kim jestem i czy jestem nowy. Cała klasa zaczęła się śmiać. Już wcześniej miałem kompleksy, bo mój wzrost zatrzymał się, gdy miałem osiem lat — ciało rozwinęło się tylko częściowo, więc zawsze byłem o dwa lata „młodszy” od rówieśników. Słabszy. Mniejszy. Mniej rozwinięty. Idealny cel. A potem wracam napuchnięty i dziwny. Mój wygląd stał się powodem do kolejnych żartów.

Śmiali się ze mnie, komentowali, wskazywali palcami. A ja, jak zawsze, grałem twardziela. Udawałem pewność siebie. Śmiałem się z siebie, żeby pokazać, że „mam dystans”. W rzeczywistości w środku czułem tylko upokorzenie i ból.

Ponowna pogoń za Dolarganem

Za każdym razem, gdy trafiałem do szpitala, próbowałem zdobyć Dolargan. I doskonale wiedziałem, co robię. Czasem naprawdę bolało. Czasem nie. Nauczyłem się symulować. Wyolbrzymiałem ból, krzyczałem częściej, udawałem, że nie wytrzymuję. Miałem wyrzuty sumienia, ale uznałem, że warto. Bo Dolargan oznaczał ciepło, spokój, idealną ucieczkę — ten sam stan, który poznałem mając dwanaście lat.

W wieku czternastu, piętnastu, szesnastu lat paliłem regularnie — nawet będąc w szpitalu. I wtedy odkryłem coś, co było największą pułapką: połączenie haju opioidowego z hajem z marihuany. To była idealna ucieczka. Idealna — dopóki się kończyła.

W pewnym momencie przestałem symulować. Nie dlatego, że poczułem nagle moralność. Ze strachu. Raz, po dwóch tygodniach udawania bólu i brania Dolarganu, wypisali mnie do domu. Miesiąc później prawie się wykrwawiłem. Potrzebowałem operacji. Wtedy, leżąc w prawdziwym bólu, pomyślałem: może to kara. Nie od Boga — bo w niego nie wierzyłem — tylko kara losu. Przestałem udawać. Ale prawdziwego bólu i tak było wystarczająco, żeby dostać Dolargan. Rodzice nigdy niczego nie podejrzewali. Byłem zbyt dobry w ukrywaniu.

Wyjazd z Polski: wolność, trawka i nowe demony

W wieku dwudziestu siedmiu lat podjąłem decyzję, która znów zmieniła całe moje życie. Wyjechałem do Holandii. Powiedziałem sobie, że dla lepszego leczenia, dla pracy, dla legalnej marihuany, której nie musiałem ukrywać. I to była część prawdy — ale pod spodem była druga część, dużo mroczniejsza. Od lat byłem w depresji, miałem potężny lęk, leczyłem to wszystkim, co miałem pod ręką. Kiedy byłem blisko samobójstwa, powiedziałem mamie, że „źle się czuję”. Ale nigdy całej prawdy. Dla niej depresja była „marudzeniem.” „Weź się w garść.”

W Holandii poczułem wolność. W pozytywny sposób — i w destrukcyjny sposób. Wolność pracy. Wolność palenia. Wolność zniknięcia w narkotykach. I nie zatrzymało się na trawce. Zacząłem brać twarde: kokainę, XTC, MDMA, speed, crack, psylocybinę, benzo, alkohol. Wszystko, co pozwalało uciec dalej od samego siebie.

Fentanyl, sufentanyl i zabawa ze śmiercią

Kiedy wróciłem do szpitala z powodu potwornego bólu jelit, dostałem plastry z fentanylem. Na początku naprawdę ich potrzebowałem. Ale bardzo szybko nauczyłem się je nadużywać. Zacząłem palić fentanyl wyekstrahowany z plastrów. To było jak koniec świata — jakby znalazł coś, co może mnie albo zabić, albo „wyłączyć” wszystkie uczucia.

Potem przyszedł następny etap: kolejna operacja. W szpitalu w Utrechcie przez dwa miesiące dostawałem sufentanyl — lek około dwadzieścia razy mocniejszy niż fentanyl — podawany zewnątrzoponowo. W Holandii dają to ludziom. W wielu krajach daje się to tylko zwierzętom laboratoryjnym. Przeszedłem tam łącznie sześć operacji. Nie musiałem udawać bólu. Ból był prawdziwy. Ale przy wypisach nauczyłem się manipulować lekarzami, żeby przepisywali mi trzy razy więcej opioidów, niż naprawdę potrzebowałem. Oni nie zauważali. Albo nie chcieli zauważyć.

Miłość, kratom i pierwszy wielki upadek

Miałem dziewczynę z Utrechtu, z którą byłem przez pięć lat. I tak, naprawdę ją kochałem. Ale kiedy moje życie coraz bardziej kręciło się wokół szukania narkotyków, ona nie mogła już tego znieść. Odeszła. I miała rację.

Niedługo potem przestałem płacić czynsz. Uzależniłem się od kratomi — rośliny z Bali, działającej jak opioid, dostępnej w holenderskich smartshopach. Kratom działa na te same receptory, co fentanyl. I jest cholernie uzależniający.

Straciłem mieszkanie. Wylądowałem w hostelu w Utrechcie z ostatnimi dziesięcioma euro w kieszeni, wiedząc, że następnego dnia będę na ulicy.

Tej nocy postanowiłem ze sobą skończyć. Wziąłem wszystko, co miałem: wszystkie leki plus dwie pełne paczki Xanaxu, które lekarz przepisał mi na odstawienie kratomi — od której zdążyłem się uzależnić. Bez listu pożegnalnego. Bez telefonu. Bez niczego. Po prostu „dobranoc.”

Obudziłem się szesnaście godzin później. Żywy. Spokojny w sposób, który sam był przerażający. I rozczarowany, że się nie udało. Musiałem opuścić hostel. Zadzwoniłem na linię kryzysową i do lekarza rodzinnego. Zostałem wysłany na oddział zamknięty psychiatryczny.

Jellinek, dziewczyna i wejście w heroinę i crack

Po dwóch tygodniach na oddziale dostałem miejsce na detoksie w Jellinek — największym ośrodku leczenia uzależnień w Holandii. To było jedno z najgorszych doświadczeń mojego życia. To, co się tam wydarzyło, popchnęło mnie bezpośrednio w stronę bezdomności, heroiny i cracku.

W detoksie poznałem dziewczynę. Powiedziałem jej, że jestem bezdomny. Powiedziała, że wie. Po wypisie odwiedziłem ją. Rozmawialiśmy, chodziliśmy do łóżka, a ona powiedziała, że mogę zostać. W trakcie seksu zapytałem, czy chce być moją dziewczyną. Powiedziała „tak” i w tym samym momencie doszła. Tak właśnie zaczął się nasz związek.

Nasze życie było ciągiem chemicznych bitew: benzo, speed, heroina, crack. Straciliśmy cztery mieszkania. W końcu musieliśmy uciekać z Utrechtu z długami. Przenieśliśmy się do Leeuwarden. Po siedmiu miesiącach niepłacenia czynszu — eksmisja.

Alkohol jako „lek” na odstawienie benzodiazepin (spoiler: nie działa)

W pewnym momencie, kiedy nie było nas stać na „badawcze” benzodiazepiny, zaczęliśmy używać alkoholu jako „leku” na odstawienie. Szybko doszliśmy do punktu, w którym nie mogliśmy zacząć dnia bez dwóch mocnych piw. Każdy dzień był dramatem. Piliśmy za dużo, wydawaliśmy za mało, a nadmiar pieniędzy przeznaczaliśmy na crack i seks — zamknięci w mieszkaniu jak w klatce.

W końcu straciliśmy nawet to mieszkanie. I wylądowaliśmy na ulicy.

Noclegownia, zdrada i prawie dwa lata bezdomności

Zostaliśmy skierowani do noclegowni w Leeuwarden. Po kilku miesiącach moja dziewczyna zdradziła mnie z innym bezdomnym. Wiedziała o wszystkim — o mojej depresji, o moim lęku, o tym, że mój „dystans” to nie obojętność, tylko złamane wnętrze. A jednak odeszła. Kochałem ją. I to mnie zniszczyło.

Zostałem na ulicy prawie dwa lata. I cała ta historia, wszystko, co się wtedy działo — bójki, zimno, narkotyki, strach, całkowita utrata poczucia bycia człowiekiem — to materiał na osobny artykuł. Na razie wystarczy powiedzieć: przeżyłem. Jakoś.

Oceń mnie na podstawie tego

To jest historia mojego życia od pierwszego strzału Dolarganu do ulicy — najważniejsze punkty mojego uzależnienia. Oczywiście w międzyczasie istniała też „normalna rzeczywistość”, ale to, co tutaj opisałem, to szkielet, który chcę, żebyś zobaczył. To jest wersja mnie, którą możesz ocenić. Oceń mnie jako narkomana. Oceń moje decyzje. Oceń moje kłamstwa, manipulacje, egoizm. To jest ta część mnie.

Dwa lata czystości

W momencie pisania tego tekstu jestem dokładnie dwa lata czysty. Zero narkotyków. Zero alkoholu. Mam własne mieszkanie. I się rozwijam.

Ale jest jedna prawda, której nie da się obejść: między mną a śmiercią stoi zawsze tylko jedna decyzja. Jedno „sięgnięcie”. Gdybym jeszcze raz użył — to byłby wyrok. Wszystko może się wydarzyć.

Na razie czuję się kochany i doceniany. I daję to samo ludziom, których kocham.

Ta historia jest brzydka. Jest okropna. Ale nie opowiadam jej, żeby szokować. Opowiadam ją, żeby dać ci kontekst — skąd przyszedłem — żeby łatwiej było zrozumieć wszystko, co napiszę dalej.

Piszę kolejne teksty. Mam nadzieję, że spotkamy się tu za tydzień.

Zostań czysty.

Wróć do Części Pierwszej – Kim jestem?

← Wróć do listy artykułów