Language: English (EN) | Polski (PL) | Nederlands (NL)
Część pierwsza – Kim jestem? Historia mojego wyzdrowienia (PL)
Uwaga na treść: uzależnienie, autoagresja, próba samobójcza, bezdomność, seks.
Chcę, żeby moi czytelnicy — czyli ty — naprawdę mnie poznali. Szczerze. Ja już nie mam żadnych sekretów. Nie potrzebuję ich. Przez trzydzieści siedem lat byłem dupkiem udającym, że zależy mu na innych, podczas gdy tak naprawdę obchodziłem mnie tylko ja sam i to, co czuję. Żyłem chwilą, ignorowałem konsekwencje, nie myślałem o przyszłości. Teraz wiem, że część z tego nie była do końca moją winą — ale zrozumienie tego nie zmienia faktu, kim byłem. Więc oto krótkie streszczenie mojego życia, zanim wszystko się zawaliło.
Urodziłem się w lutym 1986 roku w Krakowie, trzy lata przed rewolucją i nadejściem demokracji. Czasy były skomplikowane. Nie byliśmy bogaci, nie byliśmy biedni. Zawsze było jedzenie, ubrania, książki, szkoła. Moje dzieciństwo nie było łatwe, ale nie było też horrorem. I zanim pójdę dalej, chcę powiedzieć coś ważnego o moich rodzicach.
Moje dzieciństwo, bez psychologicznego wykładu
Ta historia nie jest o obwinianiu mojej rodziny. Więc powiem to prosto i szczerze: moi rodzice mnie kochali. Troszczyli się o mnie tak, jak potrafili. Nie było przemocy, alkoholizmu, patologii. Była stabilność, jedzenie, opieka, szkoła i dach nad głową. Ale oni mnie nie rozumieli. Nie dlatego, że nie chcieli — tylko dlatego, że nie mogli.
Wychowali się w zupełnie innym świecie. W świecie strachu, niedoboru, w systemie, w którym okazywanie emocji było słabością, a rozmowa o uczuciach — czymś bez sensu. Ten świat nosili w sobie także w demokratycznych latach 90., podczas gdy ja dorastałem już w zupełnie innych realiach. Ja żyłem w wolności. Oni żyli w pamięci ograniczeń. I gdzieś pomiędzy tymi światami komunikacja po prostu zanikła.
Nie wiedzieli, że jestem w spektrum autyzmu i że mam ADD. Widzieli dziecko, które „za dużo myśli.” Gdy próbowałem mówić o uczuciach, ucinali: „Przestań marudzić.” Nie po to, żeby mnie zranić — po prostu w ich świecie mówienie o bólu go pogarszało. Porównywali mnie do innych dzieci: „Dlaczego nie możesz uczyć się jak Marta? Dlaczego nie masz ocen jak Grzegorz?” A kiedy odpowiadałem: „Ale Marta ma buty Nike,” słyszałem: „Ty nie jesteś Marta.”
W moim autystycznym mózgu tworzyło to stały chaos: jeśli nie jestem Martą, dlaczego jestem do niej porównywany? A jeśli jestem porównywany do Marty, dlaczego nie mogę chcieć tego, co ona? Sprzeczność była normą. Jedne zasady kasowały drugie. Nic nie miało sensu, a ja nie miałem słów, żeby to wyjaśnić.
A jednak moi rodzice mnie kochali. Dali mi wszystko, co mogli. Nie wiedzieli lepiej, bo nikt ich nie nauczył lepiej. Nie mam do nich żalu. Ani wtedy, ani teraz. Jestem im wdzięczny. Kocham ich. I ta historia nie jest o nich.
Diagnoza
Gdy miałem osiem lat, zdiagnozowano u mnie chorobę Crohna — ciężką odmianę, która ukształtowała całe moje życie. W wieku dwunastu lat przeszedłem pierwszą operację. Usunięto fragmenty jelita grubego i cienkiego. Przed operacją przez dwa miesiące żywiłem się wyłącznie dożylnie. Zero jedzenia. Ani jednego kęsa. Układ pokarmowy został całkowicie wyłączony, a lekarze próbowali powstrzymać zapalenie niszczące moje jelita.
W tamtych czasach infliksymab — białko anty-TNF — nie był dostępny w Polsce. Lekarze próbowali sprowadzić go z USA w ramach specjalnej procedury. Dotarł za późno. Trzeba było ciąć. Dwa miesiące przed operacją były piekłem. Nie metaforycznym. Prawdziwym piekłem. Ból tak intensywny, że kasował wszystko poza bezustannym krzykiem.
Pamiętam, jak modliłem się do Boga, w którego nie wierzyłem, błagając o śmierć. O koniec bólu. O cokolwiek. Po tygodniu, może dwóch, lekarze podjęli decyzję, która zmieniła całe moje życie. Efekt motyla. Bo gdyby tej decyzji nie podjęli — gdyby tamten wieczór potoczył się choć trochę inaczej — moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Lepiej.
Zdecydowali się podać mi opioid bezpośrednio do żyły. Petydyna. Nazwa handlowa: Dolargan. Dolargan. Dolargan. Dolargan. Dolargan stał się wszystkim. Nic innego nie miało znaczenia.
Pierwsza dawka
Było ciemno. W sali był jeszcze jeden chłopiec. Przenieśli mnie bliżej stanowiska pielęgniarek, bo krzyczałem zbyt często i ciągłe chodzenie przez cały korytarz było dla nich zbyt męczące. Było już późno. Mama wróciła do domu. Lekarz chciał skończyć dyżur. Był sfrustrowany — nie tylko tym, że nic nie działało na ból, ale też tym, że krzyczałem bez przerwy.
Obok niego stała starsza pielęgniarka, bardzo wysoka, siwe włosy, wyglądająca jak dobra babcia. Nie lubiłem jej, bo była „zbyt miła,” jakby nie pasowała do tamtej brzydkiej rzeczywistości. Rozmawiali chwilę. Wpatrywałem się w nich, cały czas krzycząc, bo ból mnie zabijał. W końcu lekarz powiedział: „Dajmy mu sedację, jaką używamy przy kolonoskopii. Może w końcu zaśnie.”
Zanim przyniesiono klucz do szafki z narkotykami i przygotowano lek, minęło trochę czasu. Dolargan dostawałem już wcześniej podczas zabiegów, ale zawsze od razu po nim zasypiałem. Tym razem było inaczej. Leżałem na plecach, wenflon w lewej ręce. Pielęgniarka wróciła z ogromną strzykawką — 50 ml, 80 mg Dolarganu — i zaczęła podawać go powoli. Bardzo powoli.
Patrzyłem na przesuwający się tłok. Przy 25 ml ból zaczął znikać, jakby ktoś zdjął go ze mnie ręką. Przy 30 ml nie było go już w ogóle — a ciepło zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Przy 35 ml wszystko nabrało sensu. Ciepło nie fizyczne, nie emocjonalne — coś głębszego, wewnętrznego. Przy 40 ml każdy problem w moim życiu stał się nieważny albo możliwy do rozwiązania. Przy 45 ml — niebo. Unoszenie. Lekkość. Zero ciężaru.
Powiedziałem pielęgniarce, że jestem na haju. Wiedziałem, czym są narkotyki — mama dawała mi książki dla dorosłych, a Dzieci z dworca Zoo była moją ulubioną. Uśmiechnęła się i powiedziała: „Dziś możesz lecieć wysoko.” I poleciałem.
Gdy strzykawka była pusta, przyszła najlepsza senność, jaką człowiek może poczuć. Zacząłem liczyć śrubki w lampach — rytuał, który stał się częścią mnie — przez jakieś dwadzieścia minut. Potem sen. Marzenia senne. Samochody. Dziewczyny. Wolność od wszystkiego.
Sześć godzin później obudziłem się — cichy, nieśmiały, w bólu. Znowu krzyk. Znowu Dolargan. Znowu śrubki. Znowu sny. Znowu pływanie. Znowu sen. I tak przez kilka tygodni, aż do operacji.
Jak to pamiętam
Wracam do tamtego momentu niezwykle intensywnie. Do dziś. Ten moment ukształtował mnie bardziej niż cokolwiek innego w dzieciństwie. Nawet teraz — dwa lata na czysto, bez narkotyków, bez alkoholu — wciąż czuję ciepło w ciele, gdy o tym myślę. Tak działa mózg. I mam szczęście, że w końcu zrozumiałem mechanizm.
Do dziś potrafię opisać każdy szczegół: zasłony, zapach sali, kartonową tacę na strzykawki, włosy pielęgniarki, kąt lamp, ton głosu lekarza. Pamiętam wszystko. Za dużo.
Po operacji jeden lekarz zorientował się, co się stało — że uzależnili dwunastoletniego chłopca od Dolarganu — więc zrobili mi szybki detoks. Po kolejnych dwóch tygodniach doszedłem do siebie. Po prawie trzech miesiącach wyszedłem do domu.
A kiedy wszedłem do mieszkania, uderzyło mnie coś gorszego niż ból: pustka. Dziura w środku. Cisza, z którą nie wiedziałem, jak żyć. Przez siedem tygodni każdy ból, strach, samotność i niepewność były zastąpione idealnym stanem, w którym wszystko miało sens — a teraz to zniknęło.
Zacząłem więc wypełniać pustkę złymi rzeczami: złym towarzystwem, papierosami, piwem, próbami bycia „cool”, głupimi, niebezpiecznymi zachowaniami, budowaniem fałszywej wersji siebie — głośnej i zabawnej zamiast przestraszonej i zagubionej.
A potem, gdy miałem szesnaście lat, zapaliłem trawkę pierwszy raz. W chwili, gdy poczułem ją w ciele i głowie, wiedziałem: to jest to. To wypełni pustkę na dobre. Potrzebuję tylko pieniędzy. Od szesnastego do trzydziestego siódmego roku życia paliłem codziennie. Szczerze mówiąc — nie wiem, czy kiedykolwiek zrobiłem przerwę. Wątpię.
Ale ta część — następne dwadzieścia lat — pojawia się w Części Drugiej.
Przejdź do Części Drugiej – Od trawki do ulicy
← Wróć do listy artykułów